#11 Orson Scott Card – Gra Endera

 
Zbliża się międzygwiezdna wojna między ludźmi a obcą cywilizacją. Ludzkość przygotowuje swoją ostateczną broń, a jest nią sześcioletni chłopiec z zadatkami na geniusza wojskowego. Od niego zależeć będzie, jak potoczą się losy ludzkiej rasy. Z powodu przeludnienia panuje zasada, że nie wolno mieć więcej niż dwójki dzieci. Ender Wiggin jest trzecim genialnym dzieckiem pewnego małżeństwa. Jego starsze rodzeństwo – Peter i Valentine – również przejawiało geniusz, ale nie zakwalifikowało się do roli stratega wojskowego, ponieważ brat okazał się sadystą, a siostra miała zbyt dużo empatii. Pewnego dnia do domu państwa Wigginów przychodzi oficer Międzynarodowej Floty i proponuje ich najmłodszemu synowi rozpoczęcie edukacji w Szkole Bojowej. Nauka ma rozwinąć ukryte talenty chłopca i przygotować go do obrony ludzkości w przyszłości.

Początek powieści zapowiadał się bardzo obiecująco, sugerował całkiem dobrą i prawdziwą psychologicznie historię genialnego bohatera, który w swym geniuszu cierpieć będzie samotność i wyobcowanie. Był ogromny potencjał ku temu, aby powieść Carda stała się psychologicznym studium jednostki wybitnej, ale odrzuconej przez społeczeństwo, a przez to wielce nieszczęśliwej, i to wszystko w fantastyczno-naukowej oprawie.

Główny bohater rozpoczyna naukę w Szkole Bojowej na orbicie Ziemi, w której naturalnie jest więcej dobrze rokujących dzieci. Niektórzy nienawidzą Wiggina za jego geniusz. Taki stan rzeczy nie trwa zbyt długo, chłopiec bowiem bardzo szybko zaczyna zdobywać przyjaciół. Raptownie sześciolatek staje się wybrańcem, za którym niemal wszyscy pragną podążać, a czytelnik zaczyna rozumieć, że nie trzyma w ręce powieści z wiarygodnym bohaterem, tylko takim, którego kreacja uległa drastycznym uproszczeniom charakterologicznym oraz spłaszczeniu wskutek idealizacji. Ten błąd pogrzebał szansę na stworzenie obiecującej historii o wyobcowanym i nieszczęśliwym geniuszu, a tak dobry pomysł na powieść przepadł.

Czytając o osiągnięciach Endera, łatwo zorientować się, że cokolwiek złego by się nie działo, to nie ma się czym martwić, ponieważ Wiggin bez najmniejszej szkody wybrnie z każdej sytuacji i rozwiąże wszystkie problemy. Z tego też powodu trudno, aby powieść mogła w jakikolwiek sposób kogokolwiek zaskoczyć. Istnieją poważne przesłanki, aby głównego bohatera zakwalifikować jako Garego Stu, a to z kolei sprzyja odczuwaniu względem bohatera złości, ponieważ nie da się czerpać przyjemności z powieści, która nie spiętrza przed postaciami trudności. „Gra Endera” oferuje bohaterowi jakieś wyzwanie, ale jego geniusz natychmiast je niweluje. Ender w całej swojej idealności jest jednocześnie pusty, płaski, miałki, nijaki, bo nie ma nic do zaoferowania czytelnikowi ponad swój geniusz, który zresztą jest tylko pozorny.

W opozycji do własnego geniuszu ma Ender sztucznie eksponowane wady, które mają go uczłowieczyć, ale to próżny wysiłek ze strony autora, bo kreacja postaci została już popsuta i zrealizowana tak, aby niemożliwym było osiąganie jakiejkolwiek przyjemności z lektury, odczuwanie napięcia, niebezpieczeństwa. Geniusz i zaradność Endera sprawiają, że niemożliwym jest również postawienie akcji na ostrzu noża, stworzenie jakiegokolwiek cliffhangera. Stąd odczuwanie frustracji i złości na książkę staje się naturalną reakcją. Zamiast kibicować bohaterowi, chciałoby się, żeby w końcu przydarzyły mu się jakieś przykrości. Jako czytelnicy chcielibyśmy czuć tego bohatera, postrzegać go jako człowieka, a nie bez przerwy być świadkami jego boskości.

Jedynymi opisanymi w książce zajęciami, na które uczęszcza Ender, są treningowe pojedynki w nieważkości na specjalnie ku temu przygotowanej arenie. Dwie drużyny próbują się wzajemnie wyeliminować, strzelając z zamrażających miotaczy. Wygrywa ta drużyna, która jako pierwsza zamrozi przeciwników lub zdobędzie ich bazę. Tylko w jaki sposób to ma kogokolwiek nauczyć dowodzenia statkami kosmicznymi w trakcie bitwy kosmicznej? Przekładając to na naszą rzeczywistość: to tak, jakby operator oddziału antyterrorystycznego miał nauczyć się dowodzić okrętami na morzu lub koordynować natarcie pancerne, ćwicząc tylko odbijanie zakładników. To nie ma żadnego sensu.

Poza walkami na arenie Ender gra jeszcze w gry wideo, których przebieg podglądany jest przez nauczycieli. Celem obserwacji jest lepsze poznanie osobowość chłopca na bazie podejmowanych przez niego decyzji, aby upewnić się, że nadaje się on na głównego stratega i obrońcę ludzkości. Ponadto chłopiec nie ma żadnych innych zajęć. W jaki więc sposób miałby stać się wybitnym strategiem, grając w gry wideo i brać udział w walkach w nieważkości? Nie powinien też – wymyślam teraz – pobierać lekcji z nawigacji w kosmosie, koordynowania działań floty w warunkach bojowych, taktyki kosmicznej czy chociażby astronomii albo astronautyki?

Nie, bo przecież powszechnie wiadomo, że strategiem, który wyratuje ludzkość w najczarniejszej godzinie, staje się poprzez uskutecznianie team deathmatch w zero g. Ponownie: to nie ma żadnego sensu. Nawet jak na gatunek soft science fiction, który reprezentuje „Gra Endera”, to naiwne i naciągane do granic możliwości.

Styl Carda jest powolny, ociężały, powściągliwy, mało obrazowy – wręcz nudny. Książka po brzegi wypełniona jest opisami tego, jak przebiegają kolejne gry, symulacje walki na arenie i utarczki Endera ze starszymi kolegami, którzy uważają, że jako mądrala zadziera nosa i przez to go nienawidzą. Dialogi również nierzadko są bezsensowne, pisane naiwnie i bez polotu. Żeby nie być gołosłownym: jest scena, w której Ender daje po sobie poznać, że bawi go pułkownik Graff wiszący głową w dół w warunkach zerowej grawitacji. Kiedy zły Graff pyta, co tak śmieszy Endera, ten odpowiada zgodnie z prawdą, że Graff wisi głową w dół i to śmieszne, bo w warunkach zerowej grawitacji kierunki są tylko pozorne. Po czym Graff przyznaje Enderowi rację i beszta innych rekrutów, że żaden z nich nie zwrócił na to wcześniej uwagi. Przedstawione zostaje to w taki sposób, jakby miał to być jeden z wielu dowodów na geniusz Endera. Książka oferuje znacznie więcej takich momentów. Główny bohater zauważa jakiś banał, lecz autor podnosi ten banał do rangi rzeczy, którą tylko geniusz byłby w stanie spostrzec. Stąd płynie szerokim strumieniem pozorność geniuszu Endera.

Głównej fabuły jest jak na lekarstwo i naprawdę trudno przebrnąć przez kolejne partie rozgrywek w nieważkości, które tak naprawdę nie mają żadnego znaczenia ani innego celu dla bohatera, jak po raz kolejny dowieść jego zalet. Równie dobrze można by je wyciąć i powieść niczego by nie straciła, bo na tym etapie o zaletach Endera wiadomo już wszystko.

Mimo, że bohaterowie są dziećmi w przedziale wiekowym między sześć a kilkanaście lat, to wszyscy zachowują się jak dorośli, mówią jak dorośli, mają filozofię jak dorośli. Brak wiarygodności ze strony autora w przedstawianiu dziecięcych bohaterów sięga tak daleko, że w oczy natychmiast rzuca się narracyjny dysonans.

Postacie, które stanowią antagonistów dla Endera nie mają żadnych sensownych motywacji. Kieruje nimi ślepa zazdrość i zwykła nienawiść – bez celu ani szerszych, jakkolwiek nakreślonych pobudek. Antagoniści nie próbują nawet manipulować Wigginem dla osiągnięcia własnych celów. I znowu: uproszczenia charakterologiczne i spłaszczenie postaci.

Kolejną godną uwagi sprawą jest uzdolnione rodzeństwo Endera, które na pewnym etapie fabuły stwierdza, że będą pod pseudonimami pisać artykuły polityczne i manifesty do sieci, aby uzyskać poparcie dla swoich tez i poglądów i przejąć władzę nad światem. Nie jest to jednak eksponowane jako niewinna dziecięca zabawa, bo dzieci mają przecież najróżniejsze – często głupawe – pomysły. To jest przedstawione jako całkiem poważny wątek, umotywowany tym, że rodzeństwo Endera jest równie genialne, co on sam. I – o zgrozo! – ten wątek jest sukcesywnie rozwijany aż do końca powieści, a ostrze wewnętrznej niespójności uniwersum pcha się pod żebra tak mocno, że łzy czarnej rozpaczy napływają do oczu.

Wrażenie, że czytamy o dorosłych w skórach dzieci jest bardzo silne i sprawia, że w pierwszej chwili recepcja tekstu przebiega bardzo nienaturalnie, a w drugiej czytelnik zdaje sobie sprawę z tego, jak grubymi nićmi to wszystko jest szyte. Postacie dorosłe można zliczyć na palcach jednej ręki. Ich znaczenie dla całej historii jest bardzo marginalne. Momenty, w których występują i są istotne, to początki rozdziałów, gdzie w pewnym sensie za kulisami jesteśmy świadkami tajnych rozmów między dwoma osobami ze Szkoły Bojowej.

Nie tylko bohaterowie cierpią wskutek braków warsztatowych autora. Świat wykreowany przez Carda również jest dalece niespójny. Jeśli zbliża się wojna, to wiadomo, że będą potrzebni żołnierze. Tymczasem jedno małżeństwo może mieć tylko dwójkę dzieci, bo Ziemia jest przeludniona. Ludzkość jest w stanie zbudować wielki kompleks orbitalny, ale już nie radzi sobie z przeludnieniem. Szkoła Bojowa również funkcjonuje w zupełnym oderwaniu od reszty świata. Skoro udało się wyszkolić dowódców, którzy w przeszłości już dwukrotnie odparli inwazje na Ziemię, to gdzie są ci ludzie? Umarli co do jednego? Wątpliwe. Dlaczego nagle potrzebny jest nowy dowódca, skoro nie dalej niż jedno czy dwa pokolenia wcześniej byli wybitni stratedzy, którzy rozbili wrogą inwazję. Dlaczego inni kadeci mogą bezkarnie grozić Enderowi śmiercią, skoro jest on taki ważny dla losów świata? Czy w takim układzie Ender nie powinien być bez przerwy obserwowany i ochraniany? Halo, panie Card, przecież od Endera zależy przyszłość rodzaju ludzkiego! Gdzie są dorośli w tej szkole i dlaczego pozwalają starszym chłopcom gnębić Endera? I co to w ogóle za pomysł, żeby oddawać losy całej cywilizacji w ręce dzieci po kilkunastu miesiącach szkolenia, które przypomina team deathmatch z użyciem zamrażających miotaczy, które to szkolenie nie ma absolutnie nic wspólnego z walką statków kosmicznych w próżni? Gdzie są jacyś starzy, dostojni i doświadczeni admirałowie, co zęby zjedli na walkach w poprzednich dwóch wojnach z obcymi? Jest jeden taki bohater, lecz jego wpływ na fabułę jest jak ciążenie w głębokim kosmosie – znikome.

W powieści Carda niekiedy jeden nonsens pogania kolejny. Recepcja jego tekstu sukcesywnie wymaga od czytelnika zawieszenia niewiary, bo niemal wszystko jest w nim naiwne, nieprzemyślane i bez polotu. Zbyt wiele elementów w tej książce się ze sobą nie klei lub klei się w niedorzeczny sposób. Emocjonalne wynurzenia bohatera są niewiarygodne i płytkie do bólu, fabuła niezbyt porywająca, a poszczególne jej elementy nierzadko wyssane z palca i niezgodne z opisanymi wcześniej elementami tego uniwersum, warunkującymi jego funkcjonowanie.

Jedyna rzecz, która może zadziałać, to końcowy twist. Nie jest on wydumany, ale właśnie z tego powodu ma szanse pozostać poza domysłami czytelnika aż do samego końca, bo – jak mawiają – pod latarnią najciemniej.

„Gra Endera” pierwszy raz została wydana w 1985 roku przez Tor Books. Powieść uhonorowano nagrodami Nebula (1985) oraz Hugo (1986). Padła też nominacja do Locusa (1986). W Polsce pierwsze wydanie ukazało się w roku 1991 nakładem wydawnictwa Editions Spotkania: Fantastyka, w przekładzie Piotra Cholewy. Później „Gra Endera” była często wznawiana przez różne wydawnictwa. Książka uchodzi już za klasyk w swoim gatunku, zarówno w Polsce, jak i na świecie. Nie obyło się bez ostrych słów krytyki za przedstawianie dzieci w roli żołnierzy oraz usprawiedliwianie przemocy wyższym dobrem. W moim odczuciu krytyka ta jest jednak trochę nie na miejscu, ponieważ „Grę Endera” po prostu trudno traktować poważnie.

Dla kogo więc jest ta książka? Dla laików, którzy z tym gatunkiem wcześniej nie mieli nic do czynienia i nie przeszkadza im brak konsekwencji ze strony autora. Być może „Gra Endera” zainteresuje również młodszych i bardziej łatwowiernych czytelników, którzy wciąż są na etapie kształtowania swojego gustu czytelniczego. Jest szansa, że poprzez powieść Carda zainteresują się gatunkiem i w przyszłości sięgną po poważniejsze, skłaniające do refleksji powieści. Dla osób, które czytują fantastykę naukową i mają w planach „Grę Endera”, mam radę, aby omijać tę książkę szerokim łukiem, bo szkoda czasu.

W mojej opinii dzieło Carda to gorzkie nieporozumienie i wielkie rozczarowanie, ponieważ wiedząc, że powieść zyskała wiele pochlebnych opinii, nastawiałem się na prawdziwą ucztę wyobraźni, a poczułem się intelektualnie obrażony.

Betowała Sandra z http://bohater-fikcyjny.blogspot.com/

Źródła

1. Card O. S. Gra Endera. Warszawa, 2013.

2. https://en.wikipedia.org/wiki/Ender%27s_Game
Następny
« Poprzedni post
Poprzedni
Następny post »
2 Komentar
avatar

Wielkie westchnienie ulgi - tak mogę podsumować moją reakcję po lekturze Twojego posta, bowiem ja również kompletnie nie rozumiem fenomenu "Gry Endera". Znużenie odczuwane na przemian ze złością to faktycznie emocje, które najczęściej towarzyszyły mi w trakcie obcowania z płodem Carda.

Odpowiedź
avatar

Witaj, dziękuję za komentarz.

Ja również teraz odetchnąłem z ulgą przeczytawszy Twoje słowa, ponieważ widzę, że nie jestem w opinii osamotniony. "Gra Endera" cieszy się, dla mnie niezrozumiałą, renomą, mimo, iż jest to książka mocno przeciętna i dalece niedoskonała, absolutnie niezasługująca na miano klasyka literatury sci-fi i coś we mnie umiera za każdym razem, gdy widzę opinię, że "Gra Endera" to wielkie dzieło. Kiedyś zastanawiałem się nawet, czy z faktem, że "Gra Endera" została wydana, nie wiąże się czasem odmienność wyznaniowa Carda. Ameryka to przecież taki tolerancyjny kraj, że być może głupio byłoby powiedzieć "nie", komuś innego wyznania. Albo wydawcom puszczającym "Grę Endera" ktoś MDMA podaje :v

Dzięki!

Odpowiedź

Kontakt

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *

Obserwatorzy